Obraza barwy i munduru.

Sławomir Cenckiewicz, 2011Jestem po lekturze wywiadu udzielonego „Polsce Zbrojnej” przez Sławomira Cenckiewicza, nowego dyrektora Centralnego Archiwum Wojskowego. Czytamy w nim:

„(…) Nie chciałbym, żeby (…) siedziba naszego archiwum mieściła się przy ulicy Czerwonych Beretów! Bo wiem, kim był ich współtwórca i patron gen. Rozłubirski! Polska ma jedną tradycję komandosów – to cichociemni i żołnierze gen. Sosabowskiego! Im należy się nasza pamięć!”.

I dalej:

„(…) Pogodzenie dwóch tradycji – LWP i Wojska Polskiego jest niemożliwe (…)”.

 

 

Wstrząsnęła mną ta lektura. I nie chodzi o niekompetencję pana Cenckiewicza, który myli spadochroniarzy z komandosami i zdaje się nie wiedzieć, że „spadakom” już od lat patronują obydwaj wymienieni generałowie. Tych kilka słów obraża pamięć dziesiątków tysięcy żołnierzy WP, którzy oddali życie w walkach z Niemcami na Wschodzie. Odbiera sens służby milionom mężczyzn, poborowych i zawodowców, którzy założyli mundur po 1945 roku. Wśród nich chłopcom „z desantu”, dla których czerwony beret był – i wciąż pozostaje – powodem do największej dumy. Którzy postać „wodza” – gen. Rozłubirskiego, oficera nietuzinkowego i honorowego – darzyli ogromnym szacunkiem. Ci ludzie również służyli Polsce – niedoskonałej, niesuwerennej, ale innej wówczas nie było. I w większości służyli godnie, o czym świadczy wysoki wskaźnik społecznego zaufania, jakim cieszyła się armia przez cały praktycznie PRL.

Panie Pułkowniku, w grudniu 2014 roku byliśmy razem na otwarciu Centrum Weterana. Stoi przed nim ściana z uwiecznionymi nazwiskami żołnierzy WP, którzy polegli na zagranicznych misjach. Wiele z tabliczek upamiętnia wojskowych, których śmierć zabrała przed 1989 rokiem. Są tam też nazwiska „Czerwonych Beretów” służących już III Rzeczpospolitej – bohaterów z Iraku i Afganistanu. Wspominam o tym także dlatego, że właśnie weteranom poświęciłem dużą część swojej dziennikarskiej i pisarskiej twórczości. Dziś okazuje się, że hołubiłem „ludzi niegodnych” bądź „skażonych niewłaściwą tradycją”.

Darku, cenię sobie honor – wieloletnie obcowanie z żołnierzami WP, także w warunkach wojennej codzienności, tylko tę postawę wzmocniło. Staram się też postępować przyzwoicie. Jednocześnie mam ten wielki komfort, że nie podlegam rygorowi wojskowej karności. Mówię więc głośne i zdecydowane „nie!” dla krzywdzących redefinicji i reinterpretacji historii Wojska Polskiego. Dla grzebania przy faktach na potrzeby bieżącej polityki i symbolicznych rozliczeń przez nią motywowanych.

Marcin Ogdowski, reporter wojenny, pisarz. Wiceprzewodniczący Rady Programowej Wojskowego Instytutu Wydawniczego

Kraków, 9 marca 2016 roku

 

"Nie chciałbym, żeby siedziba naszego archiwum mieściła się przy ulicy Czerwonych Beretów" - mówi Cenckiewicz. Czym zajmował się pan dyrektor, gdy "spadaki" przelewały krew w Afganistanie?/fot. z archiwum zAfganistanu.pl

Cytowany tekst w całości

 


 

Czytając biografię Pana Sławomira Cenckiewicza odnoszę wrażenie że to człowiek mądry i roztropny. Ale to co czytam w zacytowanej publikacji nie jest ani mądre ani roztropne. Mądrość wiąże się z szacunkiem.

Bigrafia

 

Można nie lubić twórców formacji która nosiła “Czerwone Berety”, ale formacja to ludzie którzy ją tworzą przez lata dziesięciolecia i pokolenia. A tym ludziom należy się szacunek i cześć.

 

 

 


W Elblągu istniał kiedyś mały oddział żołnierzy którzy te berety nosili. Było ich zazwyczaj kilkudziesięciu i stacjonowali w koszarach na Modrzewinie. Ich zadaniem było być oczami i uszami jednostek pancernych jakie w Elblągu stacjonowały.

 

 

 

 

 


 

To byli ludzie bardzo specjalnego sortu – byli wśród nich specjaliści od Judo było paru chłopców z Elbląskiego Klubu Karate i wielu zupełnie przypadkowo wrzuconych tam młodzieńców z poboru którzy szybko uczyli się ” nie wymiękać “.

 


 

Nie byli elitą jak Formoza czy Grom ale nie mam wątpliwości że gdyby Pan Sławomir zechciał swoją opinię wyrazić w ich obecności to w kilka sekund dostałby bardzo dotkliwą lekcję szacunku dla ich trudu.

Ich marszobiegi biegły po wysoczyźnie elbląskiej. Operowali w lecie i w zimie myszkując od Płoskini przez Braniewo po Elbląg. Trasy ich marszu wynosiły po 50 km pokonywane z kilkudziesięciokilogramowym wyposażeniem którego elementem wcale nie najcięższym był AK 47 .

Sprawdzali i zabezpieczali instalacje rakiet SS 40 które rozlokowano przy granicy z Rosją.

Organizowali pierwsze nocne marsze na orientację ucząc harcerzy jak się nie pogubić w lesie i jak poruszać się po nim bez latarek kompasów czy drogowskazów.


 

Jednostka z Bolesławca – poprzednik “Gromu”. Do ich zadań miało należeć rozbrajanie min w zachodniej Europie albo uniemożliwianie startu rakiet z głowicami jądrowymi. Kompania jako pierwsza polska jednostka została uznana za godną przejęcia tradycji oddziałów walczących na Zachodzie w czasie II wojny światowej i otrzymała z rąk kombatantów sztandar 1 Kompanii Specjalnej Commando walczącej m.in. pod Monte Cassino.


 

Z całym szacunkiem dla Pana Sławomira Cenckiewicza – powiedzieć trzeba nie ma on  żadnego prawa by podważać decyzję tych co walczyli pod Monte Casino i którzy “chłopców” z Bolesławca uznali za godnych następców swojej absolutnie wyjątkowej wojennej sławy. Milion książek i tysiąc doktoratów nie znaczy nic wobec spotkania i porozumienia towarzyszy broni.

 

 

 


Paru ludzi którzy w tej formacji służyło widuję czasami na ulicach Elbląga. Kilku z nich już nie zobaczę – po Afganistanie poszli w świat i już pewnie do Polski nie wrócą .

 

 

 

 

Paru pewnie skacze dziś pomiędzy chmurkami na niebiańskiej niwie – tym razem już bez plecaków linek i uprzęży.

 

 

 

 

 

 

 


 

Powinniśmy przeprosić za polskie czołgi nad Wełtawą ale rozkaz jest rozkaz.

6 Pomorska Dywizja Powietrzno  Desantowa stacjonująca w mieście Kraków;
Żołnierzy tej dywizji właściwie nie wykorzystano w pełni do udziału w interwencji zbrojnej na terenie Czechosłowacji i postawieni w stan pełnej gotowości bojowej tworzyli głównie siły bezpośredniego zaplecza.
Jednostki dywizyjne zostały w dniu 24 i 25 sierpnia przerzucone w trybie nagłym z poligonu Szymany na Mazurach do Kotliny Kłodzkiej. Około 1/5 z nich weszła bezpośrednio na teren CSRS.
Pozostali żołnierze rozlokowani zostali w okolicach Międzylesia i stąd włączani byli do akcji interwencyjnej.
http://www.opoczno.pl/opoczno/files/118966296646e8d0f6909e7/Sierpien1968.pdf
“Żołnierze dywizji mieli blokować garnizony CzAL rozporządzające większymi siłami, co byłoby trudne do wykonania bez wsparcia pancernego. Dlatego też na rozkaz gen. Chochy wydzielono w trybie alarmowym, czyli bez uzupełniania rezerw, 1 Warszawski Pułk Czołgów Średnich im. Bohaterów Westerplatte i 61 kompanię rozpoznawczą z 16 Dywizji Pancernej z Elbląga. Do godziny 4.00 26 sierpnia przegrupowano je transportem kolejowym w rejon Kłodzka, gdzie wzmocniły 6 PDPD. Były to siły 771 żołnierzy, 72 czołgi T-54 i T-55, 2 ciągniki gąsienicowe, 20 transporterów opancerzonych BRDM, SKOT i BTR, 119 samochodów i 10 motocykli. Dowodził nimi ppłk dypl. Stanisław Majewski” 
http://lotniczapolska.pl/image_big.inc.php?d=i/n&f=fdeebd8da10cdf5c8d9887e0a49576586BDSz_logo.jpgWysoki poziom dyscypliny panującej w „czerwonych beretach” przyczynił się do tego, iż nie doszło w strefie odpowiedzialności dywizji do żadnych incydentów między żołnierzami polskimi a miejscową społecznością i czeskim wojskiem. Polacy nie narzucali swojej władzy i nie ingerowali w miejscowe stosunki. Fakty te wpłynęły z pewnością na to, że z czasem zaczęły znikać nieufność i wrogość we wzajemnych stosunkach. Przez trzy miesiące żołnierze – często z niewielkim stażem w armii – byli w pełnej gotowości, mieli ostrą amunicję, a nie doszło w tym czasie do żadnego wypadku z bronią, co również świadczy o ich opanowaniu i wyszkoleniu”

Tyle oficjalna wersja wydarzeń – nieoficjalnie jednak mówi się że komandosi z Krakowa byli w jednym z pierwszych samolotów na praskim lotnisku . Mieli za zadanie stać się oczami i uszami tych którzy przeszli granicę na lądzie. Jak było wiedzą tylko ci co tam byli a niewielu z nich już zostało. Nieoficjalnie mówi się też o “duchach” Wietnamu czyli żołnierzach który “ginęli” z polskich rejestrów i stawali się anonimowymi konsultantami ” Żółtych Braci” z bambusowych lasów. Ilu z nich wylądowało w Legii albo zaciągnęło się do sił Stanów Zjednoczonych ?  To wie pewnie tylko stwórca i jego zastępy .


 

 

Polskiej armii nie można dzielić na tę z czerwoną kokardą i tę ze znakiem 1 Pułku Specjalnego Komandosów. Krew ma ten sam kolor i nie ważne czy płynie pod Monte Casino czy pod Studziankami.

O tradycji znaku i mundurze mogą mówić ci co je noszą bo to ich pot i krew w jego barwy wsiąka. Oni są solą tej ziemi i miejsce w tej ziemi czeka ich to samo.

 

 

Krew nie atrament i wymaga szacunku – człowiek mądry to tym wie .

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *